Ładowanie strony…

„…Czekasz na tę jedną chwilę…”

„…Jak do tego doszło, nie wiem…”

W pewnym okresie swojego życia każdy chyba potrzebuje zmian, oderwania od codziennej rutyny, poznania nowych ludzi i miejsc. Dla osób, które każdą wolną chwilę spędzają w pracy, a taką osobą jestem ja, zgłoszenie się do projektu było najlepszą decyzją. Mimo tego, że było dużo niewiadomych i strachu (tak, człowiek boi się tego, czego nie zna) a decyzja o projekcie została podjęta z dnia na dzień. Z  pewnością zgłosiłabym się jeszcze raz. Wszystkie obawy bardzo szybko przeszły dzięki podejściu cudownych osób, które zadbały o to, żeby wszystko było zapięte na ostatni guzik i żebyśmy czuli się tu bezpiecznie… Oczywiście to wszystko również nie mogłoby się udać bez wspaniałych 10 osób, które są w Walencji razem ze mną.

3 tygodnie później…

3 tygodnie za nami i po tym czasie z ręką na sercu mogę stwierdzić, że chciałabym tu kiedyś wrócić. Hiszpanie są tak cudowni i przede wszystkim cierpliwi (zważając na naszą znajomość języka po przyjeździe), że w tych czasach aż ciężko tego nie docenić. Zawsze uśmiechnięci, do wszystkiego podchodzą z luzem, ale do tego bardzo głośni. Walencja zaskakuje nas cały czas, ciągle odkrywamy nowe miejsca, w których można miło spędzić czas, zrelaksować się i odpocząć.

Dlaczego?

Jestem zawodowym kucharzem i zgłosiłam się do projektu aby rozwinąć swoje umiejętności, zobaczyć i nauczyć się czegoś nowego. Nie ukrywajmy, w tym zawodzie trzeba rozwijać się cały czas, a praktyki i staże są jedną z najważniejszych rzeczy. W końcu ile kucharzy, tyle smaków i przepisów. W Hiszpanii udało mi się trafić do jednej z najlepszych restauracji w Walencji, która znajduje się w dość luksusowej dzielnicy i mieści się  w 5cio gwiazdkowym hotelu. Pod okiem szefa kuchni Carlosa jestem w stanie nauczyć się naprawdę dużo i wciąż czekam na więcej.

Jeżeli ktoś jeszcze waha się nad zgłoszeniem do projektu to uprzedzam – druga taka szansa może się nie trafić, a naprawdę warto.

Iść w stronę słońca…

„Siemanko! 🙂
Masz chwilę?

…jeśli tak, to chodź…
chodź, pokażę Ci mój świat,
świat Gotuj po hiszpańsku.


Dziękuję, że jesteś, za poświęcony czas na ten wpis

Me llamo Carlos de Antonio

Tak naprawdę mam na imię Zbigniew. Mieszkańcy kraju kwitnącej pomarańczy, kraju króla Felipe Juan Pablo Alfonso de la Santisima Trinidad y de Todos los Santos de Borbon y Grecia – mają muy grande kłopot z wymówieniem mojego imienia, tak więc zostałem mianowany Carlosem de Antonio przez moją kochaną nauczycielkę języka hiszpańskiego w Krakowie, Maylen <3

Projekt Gotuj po hiszpańsku (Cocina en español) to nie tylko gotowanie z hiszpańskich przepisów w obcym języku/porozumiewanie się na kuchni, w innym kraju, klimacie, ale też przede wszystkim wspaniali ludzie. Przyjechałem tutaj z dziesiątką niesamowitych, pozytywnych, pięknych ludzi, którzy również biorą udział w tym słonecznym projekcie. Do momentu pojawienia się na ziemiach Walencji nie zdawałem sobie sprawy ze czeka mnie nowe miasto, nowy język, inna kultura i 10 nowych wartościowych osób, z których każda jest inna mieszkający, na 60 dni razem w Walencji.

Walencja jest trzecim co do wielkości miastem w Hiszpanii, z ilością mieszkańców zbliżonych do ludności Krakowa – 800 tys. Ma zabytkową jak i nowoczesną architekturę. Słońce i morze, które otacza na co dzień sprawia powiew poczucia wolności i wakacji ale pamiętając że projekt = praca .

Aklimatyzuje się chodząc po mieście „z buta” po wąskich uliczkach starego miasta, zaglądając do pobliskich barów, restauracji, rozmawiając z lokalsami. Życie tutaj płynie inaczej, wolniej. Walencjanie nie spieszą się nigdzie, wszystko jest na spokojnie/tranquilo są zawsze pogodni i uśmiechnięci. Mówią szybciej i więcej niż ja, a to naprawdę wyczyn.

Hmm… Co tutaj robię?

Poszerzam horyzonty kulinarne, jestem zawodowym kucharzem, technikiem żywienia i organizacji usług gastronomicznych jak i cukiernikiem. Projekt „Gotuj po hiszpańsku” daje mi możliwość spełnienia jednego z moich zawodowych marzeń – pracy w restauracji z gwiazdka Michelin.

Podczas projektu poznałem niesamowitą mentorkę Marie José w której zakochałem się technicznie. Właściwie to María José, szefowa kuchni a oprócz tego profesjonalny pedagog, która w moim wieku miała własną restaurację. Chef z ogromnym bagażem doświadczeń i wniosków natury gastronomicznej. Kobieta o ogromnym sercu i wielkich pokładach pozytywnej, hiszpańskiej energii a jednocześnie spokoju.

Dzięki  naszej mentorce, wraz z pozostałymi uczestnikami, tworzymy różne dania oparte na przepisach lokalnej kuchni i przepisach autorskich Marii Jose, aby szlifować swój warsztat, poznając nowe połączenia smakowe jak również nawyki żywieniowe mieszkańców.

Projekt Gotuj po hiszpańsku jest niesamowitą przygodą…

Do napisania…”

Macocha hiszpańskiej kuchni.

Dzisiejszy wpis będzie o tym, co jedni stawiają w smukłym kieliszku na piedestale, nawiązując do napoju bogów… a inni najchętniej wylali by go do zlewu. Napój, z którego słynie Walencja, horchata.

„Horchata de chufa” bo tak brzmi jej prawdziwa nazwa wywodzi się ze wschodniego regionu z Walencji. To właśnie w tym regionie występuje chufas – roślina, z której wytwarzany jest słodki napój. Co ciekawe ma właściwości chłodzące i wzmacniające, działa też jako lekarstwo na kaca lub zatrucie pokarmowe.

Nasza przygoda z Horchatą

W drugą niedzielę naszego pobytu odwiedziliśmy malownicze miejsce do którego przychodziły rodziny z dziećmi, oraz turyści aby spróbować horchaty podawanej ze słodką bułeczką zwaną „fartons”, którą powinno się zanurzać w tymże właśnie napoju. Serwowany jest w trzech odmianach tj. horchata bez cukru zwana przez tubylców „sin azucar” albo „granizado”, czyli horchata lekko zmrożona. Cocktail można dostać w większości kawiarni w Walencji i specjalnie do tego przeznaczonych lokali czyli horchaterii. Jeżeli chodzi o cenę to nie jest drogo, ponieważ za 12 zestawów zapłaciliśmy ok 44 euro.  Zdania na temat smaku są podzielone, jest on intensywny i nie każdy może się rozkoszować, a jednak ma on swoich koneserów. Horchata wyglądem przypomina mleko, jednak jej smak jest ciężki do określenia, niektórzy mówią, że smakuje jak  sfermentowane mleko inni zaś, mikstura z ziemniaków. Nie zapominajmy jednak, że jest to produkt regionalny którego grzechem byłoby nie spróbować!

Magia Hiszpanii…

Hiszpania jest dla mnie niesamowitym krajem, łączącym wiele kultur, języków, smaków, zapachów i doznań. Chciałabym opowiedzieć Wam o mojej wycieczce na południe od Walencji. Wówczas przekonałam się że kraj ten jest również niesamowicie urozmaicony geograficznie.

Opuszczając Walencję

Pewnej niedzieli, złaknieni nowych widoków i nowych wrażeń, pojechaliśmy wypożyczonym samochodem na wycieczkę do miejscowości Callosa d’en Sarria. Położonej około 120km na południe od Walencji. Naszym celem był park krajobrazowy, Fuentes del Algar.

Już od pierwszych kilometrów za miastem mieliśmy okazję podziwiać otaczające nas krajobrazy. Okolice Albufery porośnięte wysoką trzciną, całe miasteczka campingowe, a dalej gdzie okiem sięgnąć ciągnęły się sady cytrusowe. Im dalej na południe tym krajobraz nizinny, niemal bagienny, zaczynał być zastępowany widokami gór i skał. Droga stawała się coraz bardziej kręta i wąska. Przez szyby mogliśmy podziwiać widoki z coraz to wyższego pułapu nad poziomem morza.

A było co podziwiać! Piękne domy mieszkalne usytuowane piętrowo, jeden nad drugim na stromych zboczach gór. W dolinach zielone sady a w całkowitej oddali niebieskie morze i zatopione w nim pionowe ściany skał.

Dolina sadów

Gdy wjechaliśmy do doliny prowadzącej do wodospadów Algar, poczułam się jak w bajce. Wszędzie gdzie się nie obejrzałam widziałam sady Nispero. Owoc ten odkryłam dopiero tutaj w Hiszpanii, w Walencji kupowałam go w sklepach i urzekł mnie swoim intensywnym słodko-kwaśnym smakiem. Okazało się że Callosa d’en Sarria słynie z intensywnej uprawy Nispero, owoców których uprawę rozpoczęto w Hiszpanii w XIX wieku, i których kraj ten jest głównym eksporterem na rynki Francuskie i Włoskie.

Drogą wijącą się między sadami obwieszonymi owocami dojechaliśmy do celu, czyli wodospadów Algar.

Wodospady

Po zaparkowaniu samochodu rzuciły nam się w oczy wszechobecne znaki zakazujące spożywania jedzenia. Piknik który sobie zaplanowaliśmy, mogliśmy rozbić dopiero w wyznaczonym miejscu na terenie parku. Wstęp na teren parku krajobrazowego kosztuje 4 euro, co nie jest wygórowaną ceną za możliwość zwiedzenia tak pięknego miejsca.

Z zapartym tchem oglądałam i fotografowałam te piękne zjawisko przyrody jakim są wodospady Algar. Wszędzie w dolince dało się słyszeć szum wody, tryskającej z ziemi to tu to tam. Czułam się jakbym była w miejscu skupiska tysiąca źródeł górskich zlewających się w jeden duży potok.

Szliśmy w górę strumienia w poszukiwaniu miejsca do rozbicia naszego małego obozu. Mimo sporej ilości ludzi, czuło się dzikość i naturalizm tego miejsca. Bez problemu mogliśmy też znaleźć miejsce na uboczu, gdzie nikt nam nie przeszkadzał, zostawić rzeczy i wejść do chłodnej, krystalicznie czystej wody.

Z przyjemnością spędziliśmy tam kilka godzin, na zmianę opalając się, podziwiając naturę i ochładzając się w górskiej wodzie.

 

Powrót

Aby zobaczyć jak najwięcej, wybraliśmy nieco inną trasę powrotną, biegnącą przez wysokie masywy górskie. Droga była niezwykle kręta i wąska, mimo to majestatyczne widoki dolin i oświetlonych zachodzącym słońcem szczytów zrelaksowały nas po dniu pełnym wrażeń.

Planując tę wycieczkę wiedziałam że zobaczę piękne miejsca! Mieszkając w Walencji, gdzie wszędzie jest płasko i z łatwością można poruszać się rowerem po całym mieście, byłam zdumiona tym jak różnorodne są miejsca oddalone zaledwie 100 kilometrów od tego wielkiego miasta.

Myślę że obywatele Polski są przyzwyczajeni do pewnego schematu, czyli góry na południu, morze na północy. Według naszej opinii Hiszpania jest ciepłym krajem z pięknymi plażami, miastami i pysznym jedzeniem. Dopiero jak tu się przyjedzie to widać że wystarczy wyjechać poza miasto by znaleźć się w zupełnie innym, niemal magicznym świecie gór, sadów i pięknej dzikiej przyrody.

Pierwszy krok w chmurach.

Idzie nowe?

Przeprowadzka za granicę zawsze jest wielką niewiadomą. Nieważne, jak długo przygotowujemy się do wyjazdu. Ile przeczytamy o kraju, w którym będziemy mieszkać. Jak dokładnie się spakujemy? Czy płynnie zdołamy nauczyć się mówić w języku kraju, który będzie naszym domem przez kolejne kilka miesięcy? Nigdy nie jesteśmy w stanie przygotować się na nieznane w stu procentach. Projekt “Gotuj po hiszpańsku” to dla wielu taki pierwszy krok w chmurach. Pierwsza wizyta za granicą, pierwsze mieszkanie solo, być może nawet pierwszy lot samolotem. Również dla mnie, Hiszpania miała być miejscem, w którym wiele rzeczy zdarzy się po raz pierwszy. Wyjeżdżałam więc z Polski z duszą na ramieniu, bardziej jednak w gotowości na nowe, niż pełna strachu przed nieznanym.

Dlaczego Hiszpania?

Zgłosiłam się do projektu z nadzieją, że wreszcie odważę się zrobić to, o czym marzyłam od dobrych kilku lat. Że rozpocznę pracę w profesjonalnej kuchni. Ciekawe, że dochodzimy do tego, co naprawdę chcemy w życiu bardzo okrężną drogą. Przez trzynaście lat flirtowałam z gastronomią, pracując jako kelnerka, barmanka, baristka, studiując o jedzeniu i pisząc o nim na blogu. Dlaczego więc, pomimo namów ze strony moich znajomych-kucharzy, nigdy nie odważyłam się na to, by założyć kucharską bluzę, wziąć nóż do ręki i zacząć przygodę z profesjonalną kuchnią? Wydawało mi się chyba, że bez ukończonej szkoły gastronomicznej nie mam czego szukać w restauracji. Błąd!

Nie wiem, czy gdyby nie ten projekt kiedykolwiek zdobyłabym się na ten krok. Hiszpania, a raczej Walencja, stały się dla mnie synonimem tego, co nowe: nowy kierunek rozwoju, nowe perspektywy i wcześniej nieuświadomione ambicje. Dla kogoś, kto nigdy nie pracował w profesjonalnej kuchni, warsztaty kulinarne, a później praktyki w restauracji, okazały się próbą nie tyle umiejętności, co charakteru. A przynajmniej tak było w moim przypadku. Wszystko – począwszy od sposobu trzymania noża, skończywszy na filetowaniu ryby (rzeczy dla kogoś po szkole gastronomicznej tak dziecinnie proste, że wstyd się przyznać, że się ich nie wie) – było nowością. Gdyby tego było mało, wszystko odbywało się w języku hiszpańskim, którego zaczęłam się uczyć miesiąc przed wyjazdem. Podwójny challenge? Wkrótce miało się okazać, że nawet potrójny!

Challenge accepted!

Po tygodniu warsztatów kulinarnych w Walencji, pod czujnym okiem przemiłej i niezwykle utalentowanej instruktorki Marii Jose, przyszedł czas na praktyki w restauracji. Miejsce zostało wybrane dla każdego uczestnika projektu indywidualnie. Zgodnie z umiejętnościami, ambicjami i preferencjami. Ja trafiłam do Tastem, pierwszej japońskiej restauracji w Walencji, co, jak się szybko okazało, miało być przygodą równie fascynującą, co stymulującą szare komórki do granic możliwości. Tastem to mała restauracja japońska, gdzie (co z resztą zrobiło na mnie ogromne wrażenie już pierwszego dnia) do produktów i przygotowanych z nich dań podchodzi się z niesamowitą dokładnością, pasją i zaangażowaniem. Każda dostawa ryb i owoców morza to wydarzenie: kucharze z Tastem (często też z siostrzanej restauracji Honoo) gromadzą się wokół styropianowego pudełka i zawzięcie dyskutują problem świeżości przywiezionego dzisiaj tuńczyka, bądź też stoją kilkanaście sekund w ciszy, oniemiali, podziwiając gigantycznego kraba, który ma stać się podstawą nowego lunch menu.

Pierwszy tydzień w Tastem był niesamowicie intensywny. Nie dość, że wszystkiego uczyłam się od podstaw (morał: nigdy nie jest za późno na nowy kierunek w życiu), to jeszcze musiałam zrozumieć co jest mówione do mnie podczas zmiany. Potrafić odpowiedzieć na pytania i polecenia. A mogłam to zrobić tylko po hiszpańsku lub japońsku – językach używanych w Tastem na co dzień. Pomimo, że romans z językiem japońskim zaczęłam aż 8 lat temu, dopiero w Walencji po raz pierwszy odważyłam się po japońsku mówić. Studia – rok w Japonii. Znajomi Japończycy. Nic nie było w stanie skłonić mnie do przełamania własnej nieśmiałości w mówieniu po japońsku tak skutecznie, jak zrobiła to praca w kuchni. Kolejny dowód na to, że nigdy nie wiadomo, co przyniesie nowe doświadczenie. Przyjechałam do Hiszpanii, by nauczyć się gotować, a w bonusie dostałam japoński bootcamp. Całkiem nieoczekiwany zwrot wydarzeń, powiedziałabym, ale za to jaki szczęśliwy!

Co dalej?

I to jest właśnie piękno tego projektu! Jedyne stałe dla całej jedenastki to nauka hiszpańskiego, kurs kulinarny oraz praktyki w restauracji w Walencji! Cała reszta zależy od indywidualnego podejścia. Nastawienie jest kluczowe. Czym bardziej jesteśmy otwarci na nowe, tym więcej tego nowego jesteśmy w stanie zaabsorbować. Czym więcej pytań zadamy, tym więcej zgromadzimy odpowiedzi. Każde wyjście z domu to okazja na poznanie nowych ludzi, odkrycie nowych miejsc, spróbowanie nowych rzeczy. Mieszkając z uczestnikami projektu, którzy (podobno) nie znaleźli się w Hiszpanii przez przypadek – jest kolejną szansą na wymianę umiejętności, wzajemną inspirację i być może odkrycie w sobie cech, czy ambicji, o których hitherto nie mielimy pojęcia, że istniały.

Nie wiem, jak potoczy się moja przygoda z pracą na kuchni? Czy kiedykolwiek zdołam nauczyć się hiszpańskiego tak, by posługiwać się nim płynnie? A może romans z kuchnią japońską okaże się na tyle frapujący, że będę kontynuować go w Polsce i krajach, które mam zamiar w przyszłości odwiedzić? Wiem jednak jedno: gdyby nie “Gotuj po hiszpańsku” i przyjazd do Walencji, być może wciąż zastanawiałabym się kiedy nadejdzie dobry czas na to, by zrobić rzeczony pierwszy krok w chmurach. Mając wokół siebie życzliwych i niezwykle pomocnych mentorów, nauczycieli, kolegów z pracy i uczestników projektu nie ma chyba możliwości, żeby w siebie nie uwierzyć. Do odważnych świat należy!

Lotelito

1. Sentyment powrotu.

Po wakacyjnym pobycie w Hiszpanii wiedziałem od razu ze chciałbym tu wrócić, żeby poznać lepiej tutejszą kulturę i kuchnie .

2. Szok, niedowierzanie i podekscytowanie.

Zgłosiłem się i ku mojemu zaskoczeniu dostałem się do projektu. Nigdy wcześniej nie pracowałem na kuchni, a umiejętności jakie zdobywałem w domu nigdy nie były weryfikowane, więc to zadziwiło mnie tym bardziej.

3. Nowe doświadczenie.

W pierwszym tygodniu po przylocie wraz z koordynatorami wybraliśmy restauracje. Trafiłem do „Lotelito”. Od razu zostałem przyjęty z otwartymi ramionami. Miło mnie zaskoczył fakt, że od pierwszych dni traktowali mnie jak zawodowego kucharza, a nie stażystę.

4. Rozwój i ciężka praca.

Dostałem kartkę z przepisem, o niejasności dopytywałem i sam od początku tworzyłem dania, które później trafiały prosto na talerze klientów. Dzięki fantastycznemu podejściu mojego szefa kuchni, który korygował moje błędy, w tak krótkim czasie opanowałem rytm pracy w kuchni i mogłem się już sprawdzić na wszystkich stanowiskach pracy czyli od paelli do deserów.

5. Nowe możliwości.

Zawdzięczam bardzo wiele projektowi, który otworzył mi nową drogę w życiu . Poznałem nowych ludzi, a zdobyte umiejętności na pewno wykorzystam w przyszłości. Myślę, że dzięki temu, że ten projekt odbywa się w kraju, gdzie ludzie maja tak otwartą mentalność mogłem dowiedzieć się tak wiele. Jedyne co trzeba, to zadawać dużo pytań i chcieć się rozwinąć. A tutaj wszyscy na pewno zechcą ci pomóc i wyjaśnią wszelkie wątpliwości.

Gotujemy po Hiszpańsku!!!

Ach… jak ten czas w Walencji leci nieubłaganie. Za nami już siedem tygodni naszej niesamowitej kulinarnej przygody.  Słońce, morze, wspaniałe widoki, niesamowite tętniące życiem miasto oraz wspaniałe smaki z całego świata! To wszystko to, co otacza nas na co dzień w niesamowitej Walencji.

Gdzie my jesteśmy? Co my tu robimy?

Najbardziej nurtującymi nas pytaniami związanym z wyjazdem do Hiszpanii było przede wszystkim to, do jakich restauracji trafimy i co będziemy tam robić? Jaka będzie atmosfera w pracy i  czy nam się spodoba ? Czy damy sobie radę? Obaw i pytań jak widać było naprawdę wiele, teraz gdy tu już jesteśmy postanowiliśmy o tym opowiedzieć, kolejną serią mini wywiadów z każdym uczestnikiem projektu. Tym razem odpowiadaliśmy na następujące pytania 🙂

1. W jakiej restauracji odbywasz praktyki?
2. Jaką kuchnie reprezentuje Twoja restauracja?
3. Jakie jest Twoje wrażenie z praktyk?
4. Zdjęcie lub/i opis dania które wykonujesz na praktykach.

Wywiady z Cocineros

Jędrzej:

1. Odbywam staż w dwóch z wielu restauracji znanego w Hiszpanii szefa kuchni: Quique Dacosta. Na codzień pracuje w restauracji Vuelve Carolina (https://www.vuelvecarolina.com/en) (Talerzyk michellin) i El Poblet (* Michellin). Obydwie restauracje mieszczą się w tym samym budynku i są połączone kuchniami, lecz mają osobne sale dla klienteli.

2. El Poblet jest kuchnią molekularno – śródziemnomorską. Vuelve Carolina przeplata nowoczesną kuchnię tradycyjną z kuchnią peruwiańską.

3.Nowe smaki, nowe metody, niezwykle sposoby, pełen profesjonalizm i przyjemna atmosfera to

wszystko otacza mnie gdy znajduję sie w tych miejscach. Pracowitość, ambicja, pot i zmęczenie – także towarzyszą.

4. Wśród rzeczy które robię na praktykach  najbardziej zafascynowała mnie Sfera pomidorowo – bazyliowa eksplozja smaku!

 

 

Jadwiga i Weronika:

1. Marina Alta 5 (https://marinaalta5.com/)

2. Jest to kuchnia śródziemnomorska i tradycyjna hiszpańska. Znajduje się tu także stoisko sklepowe ze słynnymi jamón iberico, chorizo a także wyśmienitymi serami.

3. Jadwiga: Jestem bardzo zadowolona z miejsca swej praktyki. Pracownicy są dla mnie mili. Z ogromną cierpliwością i życzliwością tłumaczą mi każde serwowane przez nich danie, zaczynając od nazwy, a kończąc na składnikach i wykonaniu. Jako, że nie jestem zawodową kucharką i dopiero zaczynam przygodę w „prawdziwej kuchni”, największą radość sprawia mi robienie sałatek, które wykonuję praktycznie od ręki zaraz po złożonym zamówieniu.

3. Weronika: Każdy dzień jest tam inny, czyli codziennie jestem pod wrażeniem. Nauczyłam się już bardzo dużo. Od pysznych sałatek lub grillowanych kałamarnic po moje ulubione desery. Kucharze zaskakują wciąż nowymi pomysłami, dlatego zawsze wracam tam z przyjemnością i nową energią.

4. Na zdjęciach Jamon iberico oraz sałatki, które podawane są w naszej restauracji.

 

Iza:

1. Restauracja Tastem. ( http://tastem.com/)

2. Kuchnia japońska.

3. ‘The team of a Japanese restaurant in Valencia has a fundamental mission: Take you on a trip through Japan through the senses of taste and smell.’ – w taki sposób restauracja Tastem przedstawia się na swojej stronie internetowej. Praca w kuchni jest wymagająca, lecz spełniam się w niej. Mam nadzieję kontynuować moją przygodę z kuchnią japońską w przyszłości.

4. Na zdjęciu Taichi, Edu i ja.

 

 

Paulina:

1 . Restauracja Ampar. (https://www.hospes.com/palau-mar/restaurante-bar-ampar/)

2. Kuchnia śródziemnomorska w nowoczesnym wydaniu.

3. Szef kuchni szczególną uwagę zwraca na wykorzystywanie produktów wysokiej jakości co w połączeniu z kolorami i niestandardowymi teksturami tworzy wyjątkowe i zaskakujące potrawy. Dodatkowo uzyskując efekt wizualny na talerzu.

4. Deser – czekoladowa pomarańcza!

 

 

Klaudia:

1. Odbywam staż w restauracji Portolito, tuż nad brzegiem morza. ( http://www.portolito.com/fotos/ )

2. Moja restauracja reprezentuje kuchnię śródziemnomorską.

3. Przede wszystkim niezwykłe doświadczenie i przygoda! Poznaje i odkrywam wiele nowych i ciekawych smaków kuchni śródziemnomorskiej oraz kuchni tradycyjnej, hiszpańskiej. Świeże produkty, nowe smaki, niesamowite widoki, a także ludzie, którzy sprawiają, że atmosfera w pracy jest niezwykła i zapomina się o całym gwarze, pocie i zmęczeniu, które również towarzyszą.
4. Przyrządzam wiele potraw w pracy, jednak rzadko kiedy jest czas by robić zdjęcia, dlatego odsyłam do galerii na stronie Restauracji.

 

Leonardo:

1. Lotelito ( http://lotelitovalencia.com/ )

2.Kuchnia hiszpańska z akcentami wschodnimi.

3. Jestem bardzo zadowolony ze stażu w Lotelito. Pozytywnie mnie zaskoczyło, że szef kuchni obdarzył mnie zaufaniem i od samego początku miałem możliwość tworzenia dań i wydawania ich prosto do klienta . Dzięki temu nauczyłem się bardzo wiele.

4. Fideua z kalmarami i zieloną fasolką

 

Roksana i Karolina:

1. Favela Bistro ( http://www.favelabistro.es/ )

2. Kuchnia typu fusion. Połączenie kuchni hiszpańskiej z kuchnią brazylijską i japońską.

3. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że trafiłyśmy do miejsca które jest niesamowicie motywujące! Rodzinna atmosfera, która panuje w całej restauracji sprawia, że „chodzenie do pracy” jest czystą przyjemnością. Każdego dnia szef kuchni stara się pokazywać coś nowego, ciekawego i wyjątkowego. Uczymy się wszystkiego: od poprawnego krojenia produktów, łączenia składników aż do wydawania gotowych dań na salę. Praktyki na pewno nauczyły nas bardzo dużo o organizacji i zasadach panujących na kuchni, dzięki czemu czuję się o wiele pewniej podczas pracy. No i oczywiście najważniejsze: ludzie z którymi współpracujemy! Rewelacyjni, nie da się tego inaczej określić, zawsze chętni do pomocy i przede wszystkim skorzy do dzielenia się swoim doświadczeniem. Zawsze weseli i kipiący energią, co sprawia, że i my czujemy się pozytywnie nastawione do czekających nas wyzwań! Będzie nam bardzo ciężko rozstać się z Favelą.

4. Sałatka z marchewki i cukinii z chipsami z lotosu.

 

Adrianna:

1. Restauracja Esencia. (https://esenciarestaurante.es/)

2. Kuchnia Hiszpańska w nowoczesnym wydaniu.

3. Esencia, jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem gdzie liczy się smak. Każde danie przygotowane tam jest z wielką pasją i dokładnością. Praktyki są intensywne i niesamowicie bogate w wiedzę, nowe techniki i smaki. Doceniam i cieszę się z miejsca w którym jestem ponieważ gotowanie i produkty traktuje się tu z wielkim szacunkiem, prezentacja dania na talerzu jest niezwykła a to wszystko jest tym, na czym tak bardzo mi zależało.

4. Karmelizowana gruszka z cynamonem w cieście filo z toffi i lodami waniliowym

Gracjan:

1. Moja restauracja nazywa się Sucar i jest restauracją z tradycyjną kuchnią hiszpańską.

2. Serwujemy potrawy typu paella, fideua, mięsa i owoce morza robimy na piecu asado, rozgrzewanym węglem.

3. W mojej restauracji mamy bardzo dobrą atmosferę, młody zespół. Cały czas czerpię wiedzę i inspiracje kulinarne od kolegów z pracy.
Wpis współtworzyli wszyscy uczestnicy VI edycji projektu.

„Arroz de Valencia” a Chroniona Nazwa Pochodzenia!

Będąc w Walencji nie można nie wspomnieć o lokalnym a zarazem tradycyjnym produkcie uprawianym na polach w okolicznych miejscowościach czyli ryżu, a konkretniej „Arroz de Valencia”.

Uprawa i produkcja

Wszystkie etapy produkcji ryżu od siewu przez zbiory i suszenie do przygotowania do pakowania odbywają się na wyznaczonym obszarze geograficznym. A obszarem tym są tereny w prowincjach Alicante, Castellón i Valencia, we Wspólnocie Autonomicznej Walencji, głównie w gminach położonych w ramach strefy wpływu Parque Natural de la Albufera,Parque Natural del Marjal de Pego-Oliva i Marjal de Almenara. „Arroz de Valencia” uprawia się na obszarach bagiennych w warunkach umożliwia­jących nawadnianie zalewowe, które to nawadnianie jest szczególną praktyką dla tego obszaru zimą, gdy pola leżą odłogiem. Taka praktyka przerywa cykle biologiczne niektórych organizmów glebowych i służy odkażaniu gleby.

 

 

Charakterystyka

Ryż ten charakteryzuje się dużą zdolnością wchłaniania smaku jak również bardzo ważnym czynnikiem jest jednakowa wielkość ziaren. Jednorod­ność zapewnia, że wszystkie ziarna będą gotowały się tak samo długo i w ten sam sposób.

Ze względu na wiele czynników wymienionych wyżej, produkt „Arroz de Valencia” został wpisany na listę produktów regionalnych i lokalnych jako Chroniona Nazwa Pochodzenia.

Procedura rejestracyjna

Ochrona nazw pochodzenia produktów oparta jest na systemie rejestracji. Procedura rejestracyjna w każdym kraju Unii Europejskiej jest identyczna. Najpierw weryfikacja wniosku na szczeblu krajowym, a następnie zatwierdzenie i rejestracja wniosku na szczeblu wspólnotowym czyli postępowanie przed Komisją Europejską w Brukseli.

Dla producentów produktów regionalnych i tradycyjnych oraz dla ich rodzinnych miejscowości jest to możliwość promocji produktów nie tylko w kraju ale i w całej Unii Europejskiej. Produkty te uzyskują wyższe ceny i przynoszą producentom wyższe dochody. Ich wytwarzanie i sprzedaż aktywizują gospodarczo region i podnoszą jego atrakcyjność.

„Arroz de Valencia” dostępny jest w sprzedaży w lokalnych, małych sklepikach oraz na stoiskach targowych m. in. w Mercat Central w Walencji. Pakowany jest w opakowania jednostkowe z etykietą na której widnieje informacja „Denominación de Origen »Arroz de Valencia«”. W miarę możliwości wraz z odpowiednikiem w języku walenckim „Denominació d’Orige »Arròs de València«”. Znak ten nie tylko chroni producentów przed nieuczciwą konkurencją, ale zwiększa także wiarygodność produktów w oczach konsumentów.

 

 

Tradycja uprawy ryżu w Walencji jest ściśle związana z kuchnią tego regionu. Kuchnia Walencji obejmuje wiele potraw, których składnikiem jest ryż, takich jak różnego rodzaju paelle, ryże caldosos i zapiekane dania ryżowe.

 

 

Peñíscola – zabawa w turystę!

Od naszego przyjazdu do Walencji minął już ponad miesiąc. Czas ten spożytkowaliśmy przede wszystkim na zwiedzaniu i poznawaniu tego pięknego miasta – jednak nie byłabym sobą gdybym nie chciała więcej! Dlatego też narodził się pomysł aby wypożyczyć samochód i udać się dalej! A dokładnie rzecz biorąc do Peñíscoli, miasta oddalonego od Walencji o niecałe 150 kilometrów.

Trochę o historii miasta:

Tak zwane „Miasto w morzu” zostało zbudowane na skalistym cyplu który jest połączony z lądem wąskim pasmem ziemi. Było to idealne miejsce aby powstał ufortyfikowany port i latarnia morska.

 

Od roku 718 Peñíscola była pod władzą Arabską, w 1233 roku została przekazana królowi Jakubowi I na drodze paktu. Za rządów Jakuba II z Aragonii została przekazana Zakonowi Templariuszy którzy wybudowali w tym miejscu jedną ze swoich największych twierdz.

Zamek, który możemy aktualnie zwiedzić powstał między 1294 a 1307 rokiem i od 1411 roku był domem papieża Benedykta XIII – „el Papa Luna„.

Zamek:

Twierdza w mojej ocenie jest niesamowita, surowa ale majestatyczna.
Składa się z trzech pięter – wejścia, dziedzińca oraz tarasów widokowych ulokowanych na samym szczycie budowli. Widok z najwyższych pięter jest nie do opisania.
Każda komnata zamku pozwala zapoznać się z historią poprzez przygotowane pokazy multimedialne i wystawy.

 

W całym kompleksie zamkowym znajdują się również ogrody w których można podziwiać wystawę broni artyleryjskiej.

 

Miasteczko:

Najlepszą częścią całej wyprawy było zwiedzanie samego miasteczka. Urokliwe wąskie uliczki, wszędzie porozstawiane kramy z rękodziełami oraz oczywiście mnóstwo klimatycznych restauracji, które zachęcały nas swoimi wystrojami oraz zapachami.

 

Kolorystyka miasteczka bardzo mnie zaskoczyła, składa się z bieli i błękitu co od razu nasunęło mi skojarzenia z Greckimi wyspami.

 

Jednym z najprzyjemniejszych momentów zwiedzania miasta była chwila, kiedy natknęliśmy się na paradę zorganizowaną z okazji świąt wielkanocnych. Był to barwny pochód z hipnotyzującą muzyką z udziałem bębnów w którym brali udział wszyscy – od dzieci po starców!

 

Po opuszczeniu zabytkowej części miasta skierowaliśmy się w stronę pięknej plaży na której w końcu mogliśmy usiąść i podziwiać zamek z oddali.

 

Nie jestem w stanie wymienić ani jednej rzeczy która by mi się nie podobała podczas całej tej wyprawy.

Gorąco polecam każdemu miłośnikowi historii i pięknych krajobrazów!

 

Si, pero no.

Cocineros w Walencji

Jak przedstawić grupę jedenastu chefs-to-be, z których żaden nie znalazł się w Walencji przez przypadek, i każdy ma w sobie coś super-cool, co łatwo zgubić w opisie, choćby najbarwniejszym? Napisać o każdym po kilka zdań? Wymienić zalety, wady, ulubione dania i doświadczenie w kuchni? Si, pero no. 

Co to właściwie znaczy?

Fraza si, pero no po raz pierwszy padła na zajęciach z hiszpańskiego w Krakowie z ust naszej przeuroczej lektorki Maylen, i przywieźliśmy ją ze sobą do Walencji. Znaczy tyle co: „tak, ale nie” i wygląda na to, że  doskonale podsumowuje dynamikę grupy: w kuchni, w mieszkaniu, na mieście, podczas gotowania, dyskusji czy czasu wolnego słowa si, pero no stały się uniwersalną odpowiedzią na każde pytanie, frazą-szyfrem wprawiającym w dobry humor. Nie wiesz co odpowiedzieć? Si, pero no rozwiąże Twój problem. 

Wywiadów czar

Nie wiedząc, jak najlepiej się przedstawić, zdecydowaliśmy celować w brak ortodoksji: przedstawiamy serię mini-wywiadów z każdym uczestnikiem projektu Gotuj po hiszpańsku, obecnie living the dream in Walencja: poznając miasto, jedząc po królewsku, doskonaląc hiszpański i techniki kulinarne. Jako że w Walencji jesteśmy dopiero dwa tygodnie, pytania dotyczą nie tyle Hiszpanii, co naszych preferencji kulinarnych, chociaż ostatnie pytanie jest ukłonem w stronę filozofii „liczą się pierwsze wrażenia”. Poniżej trzy pytania, z którymi każdy z 11 uczestników tej edycji Gotuj po hiszpańsku został poproszony o zmierzenie się:

1. Jaka jest Twoja ulubiona kuchnia i jakie danie najlepiej ją reprezentuje?
2. Najgłupszy/najdziwniejszy trend kulinarny, o którym słyszałeś?
3. Smak/zapach/potrawa najlepiej według mnie opisująca Walencję to?

Zapraszamy do zapoznania się z odpowiedziami naszej Wondrous Eleven (Cudownej Jedenastki), póki co zwięźle i na temat, a wkrótce na blogu: przepisy, wrażenia z Hiszpanii i wszelkie inne historie ciekawe.

MINI-WYWIADY z uczestnikami projektu „Gotuj po hiszpańsku” 

Ada
1. Kuchnia polska i włoska, taka jak u mojej mamy, gotowana z sercem i zawsze ze świeżych składników. Myślę, że to po mamie mam pasję do gotowania. Faszerowane warzywa, dania z grilla, makarony to to, co lubię najbardziej.
2. Najdziwniejszy, najgłupszy trend praktykuję właściwie sama ponieważ uwielbiam jeść frytki z lodami, co często spotyka się ze zdziwieniem osób, którym o tym mówię. 
3. Walencja kojarzy mi się przede wszystkim z gwarem ludzi na ulicach, zwłaszcza wieczorami, gdy wszyscy wychodzą żeby się spotkać. Gwar jest duży i trwa do późna w nocy, nadając miastu niepowtarzalny, tętniący życiem klimat, w którym po prostu chce się być. Zapach jedzenia na ulicach utwierdza nas w przekonaniu, że trafiliśmy do najlepszego miejsca na ziemi, po to aby poznać nowe smaki. Na mnie największe wrażenie jak do tej pory sprawiło Fideua z owocami morza.

Galeria zdjęć od Ady:


Roksana

1. Kuchnia azjatycka, orange chicken.
2. Churro z allioli.
3. Pomarańcze.

Leo
1. Kuchnia włoska, pizza.
2. Pizza hawajska -,-
3. Zapach fideua o poranku.

Jędrzej
1. Kuchnia polska, pierogi ruskie.
2. Jedzenie gleby.
3. Pan de Coca.

Gracjan
1. Kuchnia gruzińska to dla mnie numero uno, ze względu na doskonałe przyprawy, dużą ilość ziół, orzechów i kozackie sosy, jak np. tkemali (sos z mirabelek), który świetnie pasuje do szaszłyków mcvadi z karkówki wieprzowej.
2. Najdziwniejszy trend o jakim słyszałem to gotowanie w azocie.
3. Zapach Walencji dla mnie to przede wszystkim zapach pomarańczy i smak morza w daniach typu paella.

Karolina
1. Ratatouille z kuchni francuskiej, prostota smaku i wykonania.
2. Smażenie snickersów na głębokim oleju (USA!!!!!)
3. Zapach morza o poranku (oraz w nocy).

Jadwiga
1. Najbardziej lubię potrawy kuchni polskiej, hiszpańskiej, włoskiej, węgierskiej i hinduskiej. Najczęściej je gotuję. Jeśli chodzi o ulubione danie to jest nim leczo, które pochodzi z Węgier. Mieszkam w Tarnowie, a moje miasto mocno związane jest z tym krajem, za sprawą gen. J.Bema, który notabene się tu urodził. Uwielbiam paprykę i pomidory…
2. Najdziwniejsza „potrawa” o jakiej słyszałam to lody o smaku mięsa.
3. Danie, które kojarzy mi się z Walencją to oczywiście paella valenciana, której zapach unosi się praktycznie w każdym zakątku miasta.

Paulina
1. Kuchnia roślinna – grillowany bakłażan z pastą orzechową.
2. Kopi Luwak – kawa, której ziarna przechodzą przez układ trawienny łaskuna.
3. Sól, sól i jeszcze więcej soli.

Galeria zdjęć od Pauliny:


Weronika

1. Kuchnia włoska, a szczególnie tagliatelle z kurczakiem, szpinakiem, suszonymi pomidorami i mozzarellą – mogłabym jeść codziennie!
2. Robienie popcornu na wodzie i oliwie.
3. Unoszący się wszędzie zapach przyrządzanych owoców morza.

Klaudia
1. Kuchnia tradycyjna polska/staropolska – pierogi.
2. Lody w Japonii (m.in. o smaku ryby).
3. Potrawa: paella.

Iza
1. Kuchnia koreańska, kimchi.
2. Sushi burrito. Ridiculous.
3. Horchata.

Wywiady krótkie, ale treściwe, prawda? Dla ciekawych – galeria zdjęć w bonusie. Nasze przygody małe i duże, na kuchni i na mieście. Walencja jest piękna, i nie będzie nieprawdą jeśli powiem, że wielu z nas chciałby tu zostać na dłużej niż dwa miesiące. Niemniej jednak: jeszcze sporo czasu przed nami, i myślę, że mogę śmiało mówić za wszystkich, jeśli powiem: będzie super! Stay tuned, wkrótce na blogu nowe przepisy i relacje z Walencji.

A tymczasem, hasta luego!

Kilka słów o Valencia C.F

Hiszpania: pierwsze wrażenia

Pomimo tego, że byłam w Hiszpanii już kilka razy, okazało się, że ten kraj wciąż może mnie czymś zaskoczyć. Zaraz po przylocie przekonaliśmy się na przykład o hiszpańskim podejściu do punktualności: czekaliśmy na odbiór z lotniska ponad godzinę! Hiszpanie wydają się nie przejmować niczym: despacito i bez spięć. Nam tez udzielił się ten nastrój: nikt nie był poirytowany opóźnionym transportem, byliśmy wszyscy w szampańskim nastroju.

Gdy dojechaliśmy do naszego mieszkania w Walencji, już po kilku minutach wiedzieliśmy, że będzie nam się świetnie razem żyło. Zintegrowani ludzie, piękne mieszkanie, piękne miasto – wiedzieliśmy, że będą to niezapomniane dwa miesiące. Lektor hiszpańskiego, Jaume, i prowadząca kurs gotowania, Maria Jose są genialni. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym, ile wiedzy potrafią nam przekazać, traktując nas przy tym jak przyjaciół.

Nietoperz w herbie Valencia C.F.

Drugiego dnia naszej hiszpańskiej przygody udaliśmy się na wycieczkę po Walencji z Jaume, który jest też profesjonalnym przewodnikiem turystycznym. W Ayuntamiento de Valencia Jaume poruszył ciekawy wątek dotyczący herbu Walencji. Pierwotnie widniał na nim smok, jednak na przestrzeni lat przekształcił się on w nietoperza, który pojawia się głównie w herbach miast należących do Korony Aragonii.

Znalazł się on również w herbie klubu piłkarskiego Valencia C.F. – jednak gdy klub próbował wkomponować w swój herb nietoperza ze skrzydłami uniesionymi w górę, został on pozwany przez DC Comics o plagiat symbolu. Mianowicie symbol nietoperza ze skrzydłami uniesionymi w górę miał być zarezerwowany dla Batmana. Pomimo dużego podobieństwa warto jednak zauważyć, że nietoperz widniał w herbie klubu już 20 lat wcześniej – zanim powstał tak dobrze znany wszystkim Batman.

Co dalej?

Ostatecznie Valencia C.F. wycofała się z pomysłu. Nie jest to jednak całkowita przegrana, ponieważ ostatnio drużyna Walencji zwyciężyła w starciu z Real Madryt! W dzień meczu, przed stadionem zgromadzili się kibice, aby powitać drużynę. Atmosfera była niepowtarzalna – miałam wrażenie, że całe miasto mówi o nadchodzącym starciu. Moi znajomi wybrali się pod stadion Valencia C.F. po meczu, by zastać tłumy rozweselonych kibiców Valencia C.F., świętujących legendarne zwycięstwo.

Poniżej galeria zdjęć, zrobionych podczas kilku wycieczek (piechotą) po mieście. Historia nietoperza w herbie zarówno miasta, jak i drużyny piłkarskiej jest, moim zdaniem bardzo ciekawa. Ze skrzydłami w górę, czy nie, nietoperz na stałe zagościł w herbie i kulturze miasta. A i w sporcie, nietoperz wydaje się godnie reprezentować zwycięską drużynę!

 

„Życie usłane różami i sokiem ze świeżych pomarańczy płynące…”

Nie wiem, czy to bajka, czy sen…

Jestem tu naprawdę! Wyrwałam się z szarej rzeczywistości dnia codziennego i trafiłam do krainy baśni… Tak się tu właśnie czuję. Wszędzie palmy, drzewa pełne pomarańczy i mandarynek… Tu czas płynie wolniej, ludzie są milsi… Uśmiechają się ciągle. Pogoda dopisuje… Czego chcieć więcej?

Korzystając z dnia wolnego od praktyk, z samego rana wybrałam się na długi spacer. Uwielbiam kontakt z naturą. To mnie wycisza i relaksuje. Nabieram wtedy sił i chęci do działania. Otoczona zielenią mogę spacerować cały dzień…

Jardines del Real

Pierwszym miejscem, do którego się wybrałam był Jardines del Real. Kiedyś stał tu pałac Palau del Real, który był oficjalną rezydencją królów Walencji. Niestety nie przetrwał do dziś… Uwielbiam kwiaty, a w szczególności róże… Dlatego pierwsze moje kroki skierowałam właśnie tam. Zapachy i kolory kwiatów potrafią przyprawić o zawrót głowy. Było ich mnóstwo… Oprócz tego, były też piękne stawy, fontanny, ławeczki i alejki spacerowe… Ptaki obecne w parku, umilały mi czas śpiewając swe ptasie piosenki… Był ranek, ale oprócz mnie w parku było też parę osób. Szczególną uwagę zwróciłam na pewną starszą parę, która spacerowała trzymając się za ręce. Piękny widok…

 

 

Jardin del Turia

Obok Jardines del Real, znajduje się Jardin del Turia, który utworzono w 1986 roku, czyli kilka dekad po wielkiej powodzi. Powstał w dawnym korycie rzeki Turia. To jedno z piękniejszych miejsc, które do tej pory zobaczyłam, nie licząc wielu zabytkowych budynków i uroczych placów czy uliczek… Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu mnóstwo ławeczek, alejek spacerowych, ścieżek rowerowych, stawów, fontann, a także mostów tworzących malownicze tunele… Na jednym końcu tego niezwykle długiego i pięknego ogrodu, znajduje się Biopark, zaś na drugim Oceanarium i Miasteczko sztuki i nauki. Miejsca godne polecenia i „must see” każdego turysty.

 

 

Plaża Malvarrosa

Jako, że zaczęłam swój spacer od Jardines del Real i kierowałam się w stronę Oceanarium, postanowiłam że przejdę się jeszcze na plażę… Przychodzę tu codziennie, ale nie po to by się opalać, tylko by się zrelaksować. Szum fal działa kojąco na nerwy. Spacer po piasku jest bardzo przyjemny i wskazany dla zmęczonych stóp. Przysiadam na chwilkę, zamykam oczy i wsłuchuję się w szum fal…

 

 

 

 

Pierwsze loty za płoty!

Stres pojawił się już na lotnisku w Krakowie, w oczekiwaniu na lot. Mnóstwo pytań i niepewności tkwiło zakorzenionych w mojej głowie: czy spodoba mi się Walencja? Jak poradzę sobie na kursie kulinarnym? Ale jak się później okazało, niepokój był w ogóle niepotrzebny. Lot z Krakowa do Walencji przebiegł pomyślnie, a wychodząc z samolotu chyba każdy członek projektu miał uśmiech na twarzy i był w pełnej gotowości na nowe doznania.

Jesteśmy na miejscu

Po odbiorze bagażów na lotnisku w Walencji udaliśmy się na parking, gdzie czekał na nas kierowca busa. W trakcie podróży z lotniska mogliśmy podziwiać piękno Walencji: malownicze pola uprawne, architekturę i miejscowe atrakcje. Zachwyt. Mieszkania są dwa: w jednym mieszka 6 uczestników, w drugim 5.  Najpierw udaliśmy się do pierwszego mieszkania przy ulicy Blasco Ibanez, gdzie czekał na nas przed wejściem nasz mentor, pan Waldemar.

Przywitaliśmy się, wymieniliśmy kilka słów, po czym sprawnie rozładowaliśmy bagaże pierwszej grupy uczestników. Następny przystanek: ulica Serpis, gdzie znajduje się nasze mieszkanie. Szybki rozładunek bagażu, zwiedzanie mieszkania i przydział pokoi: po krótkim rozpoznaniu, zostały przydzielone nam pokoje i wydaje mi się, że każdy był zadowolony.

Nasze mieszkanie

Mieszkanie jest w iberyjskim stylu, duże i dobrze wyposażone. Posiada taras z widokiem na bardzo żywą ulicę. Przeszliśmy do dalszej rozmowy z mentorem na temat planów działania w najbliższych dniach, na temat komunikacji w Walencji,  i historii miasta. Gdy omówiliśmy wyżej wymienione aspekty, pan Waldemar zostawił nam mapę, kartę metra i opuścił nas. W szybkim tempie, zorganizowaliśmy się i postanowiliśmy wyjść zobaczyć to piękne miasto.

Był to długi spacer. Wieczorem, gdy wróciliśmy do mieszkania, byłem zmęczony, lecz miałem niedosyt. Kładąc się spać, miałem wciąż dużo energii. Pierwszy dzień projektu, był dniem który zmotywował mnie jeszcze bardziej do pracy, nauki i gotowania. Od tamtego momentu, energia mnie nie opuszcza. Walencja jest pięknym miejscem, z ciekawą kulturą i niesamowitą gastronomią. Mam głęboką nadzieję, że zdążę zaspokoić swój niedosyt w przeciągu 2 miesięcy projektu!

 

 

Miasto kolorów i Słońca

Dni zapoznania z Walencją

Tak niedawno temu będąc w Krakowie, każde z nas oczekiwało dnia w którym poznamy Walencję. Każde z osobna, z różnej wielkości bagażem doświadczeń rozpoczęło swoją przygodę w mieście które jest pełne Słońca. Osobiście chciałbym więcej korzystać z takich wyjazdów, ponieważ były super profesjonalne i pozwoliły mi poszerzyć wachlarz umiejętności które zabrałem ze sobą.

Pracowałem w restauracji „Honoo japanese grill by Tastem”, która powstała z zamiłowania właściciela restauracji do kraju kwitnącej wiśni. Jest to nietypowe połączenie kuchni Hiszpańskiej z Japońską. Jestem pod bardzo dużym wrażeniem umiejętności kucharzy z którymi współpracowałem. Najbardziej podobała mi się ich kreatywność i z tygodnia na tydzień rosła coraz bardziej. W międzyczasie mieliśmy też zajęcia w szkole Altaviana z naszym szefem kuchni – Nacho. Tydzień za tygodniem poznawaliśmy coraz więcej potraw lokalnych oraz z innych regionów Hiszpanii. Była to też okazja poznania sposobu prowadzenia serwisu kuchennego w innym kraju. Dla każdego z nas to nowe doświadczenie. Osoby niepracujące na kuchni w zespole rozpoczynają kurs gotowania, który może być początkiem drogi zawodowej w gastronomii bądź też w prowadzeniu własnego biznesu ponieważ nauki nie ograniczały się tylko do gotowania.

Kreatywność tutejszych kucharzy nie zna granic

Metody, które wykorzystuje się tutaj, są również spotykane w Polsce, jednak dostęp do produktów oferowanych przez Hiszpanię jest tak ogromny! Zaczynając od świeżych owoców morza oraz mięsa po warzywa uprawiane cały rok powoduje, że kreatywność tutejszych kucharzy nie zna granic. Jestem bardzo zadowolony z wszystkiego co mogłem nauczyć się w trakcie każdego tygodnia.  Dużo radości też przyniosły mi podróże po całym mieście. Nie raz w grupie spędzaliśmy dużo czasu na poznawaniu miasta. Decydując się na wyjazd do Walencji miałem też bliżej do każdego innego miasta w pięknej Hiszpanii.

Wyprawa do Madrytu

Wybrałem się wraz z towarzyszką do Madrytu. Droga do Madrytu ma bardzo dużo krajobrazowych odcinków. Ziemie uprawne są tu w kolorze cynamonu. Cudowny widok na park w mieście Cuenca zaparł nam dech w piersiach! W Cuenca znajduje się również malowniczy kamieniołom, który przecinają wiadukty kolejowe. Jest to większe miasto, które warto odwiedzić spędzając czas w Hiszpanii . Większość czasu spędziliśmy na rowerach, w Madrycie jak i ogólnie w Hiszpanii drogi rowerowe są bardzo dobrze rozbudowane ułatwiając dostęp do bardziej odległych miejsc. Bardzo podobał mi się park Casa de Campo gdzie nie brakuje atrakcji związanych z kulturą Madrytu jak i historią . Każdemu z nas przydał się bardzo ten wyjazd , możliwości na rozwój tu nie brakuje , niestety czasu na wszystko jest mało dlatego trzeba czerpać z pobytu w Walencji najwięcej jak można ! Będę tęsknił za zachodami słońca nad morzem oraz nocnym życiem miasta . Wracam pełen energii i wiedzy którą z pewnością wykorzystam w swoim życiu . Dziękuję Walencjo i do zobaczenia !

Żyj z całych sił!

Gdyby można było zatrzymać czas… Schować do kieszeni te wszystkie piękne miejsca, widoki, momenty…

Wydawać by się mogło, że w Walencji widzieliśmy już wszystko i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Jednak codziennie przekonujemy się, że to tylko złudzenie. Tutaj po prostu nie można się nudzić!

Pomimo tego, że spędziliśmy w tym pięknym kraju już kilka cudownych tygodni, z każdym dniem jesteśmy jeszcze bardziej chłonni wrażeń i chcemy więcej! Pogoda nie przestaje nas rozpieszczać, a miasto nieustannie zadziwiać. Niestety czas biegnie nieubłaganie i powoli zaczyna do nas docierać, że już bliżej, niż dalej końca… Jednak po ostatnim weekendzie jesteśmy tylko mocniej przekonani, że Walencja nie pozwoli nam o sobie zapomnieć! A to wszystko za sprawą ‚Fiesta de Las Fallas’, czyli ‚Święta Ognia’ – najważniejszego festiwalu w Walencji. Co prawda największe świętowanie rozpoczyna się dopiero 15 marca, ale najwyraźniej mieszkańcy Walencji nie mogą się już doczekać, dzięki czemu w sobotę mieliśmy okazję zobaczyć mały fragment tego cudownego widowiska. Przez prawie 10 minut oglądaliśmy setki, a nawet tysiące pięknych, kolorowych fajerwerków, wybuchających w powietrze jedna po drugiej, zwieńczonych wybuchem największej w historii tego miasta tzw. masclety, czyli gigantycznej kompozycji pirotechnicznej. Widok zapierający dech w piersiach, który ciężko opisać słowami! Życie jest piękne!

Flamenco restaurante

Ale to jeszcze nie wszystko! Zwieńczeniem tego pięknego dnia była wizyta w restauracji ‚El Toro y La Luna’. Jest to miejsce, w którym można nasycić nie tylko żołądek, ale także oczy i uszy! Bo czy można przebywając w Hiszpanii nie zobaczyć flamenco? Zdecydowanie nie!
Tradycyjna, hiszpańska muzyka na żywo połączona z tańcem, klasyczne stroje, kastaniety i śpiew, to idealne połączenie i odzwierciedlenie hiszpańskiej kultury. Każdy wielbiciel Hiszpanii powinien tego doświadczyć.
We flamenco poprzez taniec opisuje się konkretną historię, gesty i ruchy ciała wyrażają uczucia i podkreślają słowa melodii, która im towarzyszy. Patrząc na ten artystyczny spektakl, czuliśmy, że nasza piękna historia pisze się właśnie teraz… Chwilo trwaj!